— Dołożę drugie piętnaście!

Zapanowała cisza. Kędzierzawy wstał, podciągnął spodnie i wyciągnął wielką łapę do Załkinda.

— Co się ma nie udać? Albo to ja takie roboty w Ameryce robiłem? Na tutejszych patałachów nima co się oglądać. Im nawet do łba nie przyjdzie. No, rebiata389, warto i napić się pod taką zagrychę, jak ta dobawka390, co?

Teraz dopiero efekt hojności klienta wyraził się tym, że wszyscy po kolei ściskali jego rękę i obsiedli stół dookoła. Krępy, siwy już człowiek podszedł do Załkinda i obszernie zaczął opowiadać o tym, jak dało mu się kupić „bezprizornego391 konia, że to nawet i sam diabeł nie dowie się, czyj i skąd, a jak przejadą, to i mały żal. Co dotyczy ładunku, to nawali się jakiego starego drewna, i już.

Weszła Fienia i wprawną ręką zaczęła ustawiać na stole talerze z przekąskami, butelki i szklanki do wódki, po czym przysiadła się sama i zaczęto szczegółowo omawiać plan.

*

Późny jesienny świt zmatowił czarne szyby i powoli mieszać się począł z seledynową poświatą abażuru, spod którego niewielki, żółty krąg lampy, padając na biurko, oświetlał wypukłe szkiełko zegarka.

Dłuższa, wysmukła i ostrokanciasta jego strzałka zdawała się śpieszyć nierówno, urywanie i nerwowo. Czasem jakby ustawała w swym cyklicznym biegu, to znów przypominała sobie coś, co musi nieuchronnie się zdarzyć, coś bardzo ważnego, na co jej spóźnić się nie wolno, i wówczas pędziła tak szybko, że myśl ludzka z trudem doganiała ją, licząc minuty. Natomiast mniejsza, szeroka i płaska jak sztylet, wciąż nieruchoma, przecież posuwała się wolno, niedostrzegalnie naprzód, uparcie, zawzięcie, bezlitośnie...

Dwie czarne, małe strzałki, dwa niedorzeczne drogowskazy, obracające się dokoła swej osi w wiecznym bezcelowym ruchu, skierowujące tych, co stanęli przed nimi, pytając o drogę we wszystkie strony wszechświata. Dwie szalone strzałki, usiłujące swą mrówczą pracą zmierzyć to, co jest niezmierne, zliczyć to, czemu nie ma rachunku...

Zegarek swoim tykotem napełniał ciszę, której nie przerywały najmniejsze szmery. Za oknami dobiegała końca noc jesienna, martwa, bezszelestna. Na pobliskim lotnisku spano jeszcze. W mieszkaniu również panowało zupełne milczenie już tyle godzin... Tyle? Tak, ileż to? Już prawie pięć ich minęło od chwili, gdy dzwonił dzwonek telefonu, gdy dzwonił Mesner, że Prezydent odrzucił prośbę o ułaskawienie i że egzekucja odbędzie się zatem punktualnie o piątej rano...