— Więc tak — wyszeptał profesor — zbrodnię.
Drucki włożył ręce w kieszenie spodni i wstał. Na jego czole nabrzmiały grube sznury żył. Brwi się ściągnęły.
— Milczysz? — zasyczał profesor. — Widzisz, milczysz, tak wygląda twoje „pół życia”... Cha... cha... cha... Potrafisz wciąż ocierać się o kodeks karny, ale teraz...
— Dość! — przerwał Drucki. — Przestań. Masz moją rękę.
Profesor łapczywie uchwycił obu rękoma dłoń Druckiego.
— Słowo? — zapytał cicho.
— Słowo! Zatem mów.
— Jeszcze nie teraz — powiedział Brunicki — lecz wkrótce cię będę potrzebował. Nie pytaj o nic.
— Jak chcesz. Wiedz tylko, że nie cofnę się. Masz mnie do swojej dyspozycji.
Zadzwonił telefon.