— Reenclar?
— Tak, ośmiocylindrowy.
— Dobry wóz, ale kosztowny w eksploatacji — zaopiniował Drucki. — Mój znajomy, pewien brazylijski plantator kawy, który zmieniał wozy jak rękawiczki, był zdania, że Reenclar jest wręcz bezkonkurencyjny.
Rzeczywiście auto pomimo bardzo silnego mrozu ruszyło z miejsca lekko i cicho i szło jak lalka. W niespełna kwadrans byli na miejscu.
Willa profesora Brunickiego teraz, przy dziennym świetle, zdała się jeszcze większa niż wówczas w nocy.
Gospodarz wyjął klucze (furtka widocznie nawet w ciągu dnia była zamykana) i po chwili znaleźli się w przedpokoju. Na ich widok z krzesła porwał się służący, ów brodacz o ponurej twarzy.
— Mamy gościa na obiedzie — odezwał się profesor — zadzwoń do pana doktora i możesz podawać.
Znaleźli się w obszernym hallu, znanym już Druckiemu z poprzedniej wizyty.
Wciąż te koty!
Niemal na każdym meblu było ich pełno. Czarne, bure, białe, angory, syjamskie, syberyjskie — wszystkie ogromne, leniwe, spasione.