Postanowił też nic już nie zmieniać i nie dodawać. Dostatecznie namęczył się. Wróciwszy do domu zaraz się położył i leżąc opowiadał Bognie o całodziennej robocie. Zakończył słowami:
— Oczywiście nie za dużo wziąłem z twojej pracy. Sama rozumiesz... hm, ale i tak bardzo ci dziękuję.
Nie było to może ścisłe, ale od prawdy nie odbiegało przecie zbyt daleko. Bądź co bądź on rzucał myśli, oddał podstawy, a ona je tylko ubrała w słowa, które wyzyskał.
Nazajutrz odwiózł memoriał do ministerstwa i wręczył sekretarzowi osobistemu w zaklejonej kopercie. Wracał do Funduszu pieszo i właśnie przechodził koło wspaniałego zakładu fryzjerskiego „Jerome and Matthew”, gdy tuż przed nim zatrzymała się granatowa limuzyna Symienieckich. Umyślnie zwolnił kroku. Należało skorzystać ze sposobności przywitania się. Drzwiczki się otworzyły i wysiadła sama pani Symieniecka, w aucie została Lola. Panie zamieniały z sobą ostatnie zdania, gdy zbliżył się w samą porę.
— Moje najniższe uszanowanie — szarmancko zdjął kapelusz i ściągnąwszy pośpiesznie rękawiczkę, dodał: — jakże się cieszę z tego spotkania.
— Witam pana — odpowiedziała pani Symieniecka i podała mu rękę.
— Jaka ona jest uprzejma — pomyślał Malinowski — trzeba naprawdę urodzić się wielką damą, by umieć tak się uśmiechnąć.
Z kolei złożył pocałunek na rękawiczce Loli, a pani Symieniecka powiedziała:
— Daruje pan, ale śpieszę. Lolu, przyślij wóz za godzinę. Do widzenia.
Skinęła głową i znikła za drzwiami zakładu fryzjerskiego.