— Nie zatrzymuję, przepraszam bardzo — powiedział Malinowski nieco mniej wylewnie, gdyż w wielkich, szarych oczach Loli dostrzegł jakiś błysk, który wydał mu się ironią.

— Może odwieźć pana — zaproponowała.

— O, dziękuję pani! Właściwie to przed chwilą odesłałem swoje auto urzędowe — skłamał — a to w zamiarze przechadzki. Mamy cudną pogodę. Ale jeżeli pani taka dobra?...

— Ależ proszę.

— Czy tylko nie sprawię pani dygresji? — zapytał, sadowiąc się obok niej.

— Przeciwnie. Chciałam pana spotkać — odpowiedziała.

— Pani? — zdziwił się.

— Tak. Bardzo pan śpieszy?... Ja nie mam nic do roboty. Może się przejedziemy?

— Z rozkoszą — odpowiedział natychmiast, chociaż uprzytomnił sobie, że najdalej w ciągu kwadransa musi wrócić do biura, gdzie czekali nań interesanci i gdzie musiał rozmówić się z Szubertem.

— To dobrze. Piotrze — zwróciła się do szofera — proszę jechać do Konstancina i z powrotem.