— To źle trafi, ja przez tydzień nie zajrzę do domu. Wyobraź sobie, że chcą mnie mianować gubernatorem w Odesie. Ja zaś upieram się przy Moskwie. Dlaczego nie mam sobie na to pozwolić? In partibus infidelium zdawałoby się, że to obojętne, a jednak z przyjemnością kazałbym powiesić tych poczciwych wariatów. Nasza emigracja to dowód ex post, że Rosja musiała upaść. Konwentykle, operetkowe konspiracje, naiwne dzielenie skóry na niedźwiedziu. To ponad moje siły.

— Cóż to szkodzi?

— Bardzo szkodzi. Jestem marzycielem, a oni ośmieszają marzenia. Chciałby człowiek pomarzyć, przypomni nominację na gubernatora i wybucha śmiechem. Życie brzydnie. Jak to mówi nasz przyjaciel Malinowski?... A propos: dlaczego nie byłeś u nich wczoraj?

— Henryk przyjechał.

— Późnym wieczorem — podkreślił Urusow.

— Nie miałem ochoty.

— Szkoda.

— Czego? — zapytał Borowlcz.

— Raczej kogo?... Ciebie szkoda. Jedyne miejsce na kuli ziemskiej, które cię pociąga, a unikasz go.

— Dom państwa Malinowskich?