— Czy mam przyjechać?
— Nie. Ewaryst zaraz wraca, a ja chciałabym pomówić z panem swobodnie i bez świadków. Po prostu przyjdę do pana.
— Jakto do mnie? — przestraszył się.
— Całkiem zwyczajnie. Chyba, że pan ma jakieś trudności?...
— Ależ bynajmniej.
— Więc można?
— Bardzo panią proszę.
— Zatem do widzenia. Będę za dwadzieścia minut.
Odłożyła słuchawkę, a Borowicz stał jeszcze przy telefonie przez dłuższą chwilę. Nie rozumiał co się z nim dzieje. Powiedziała: — Po prostu przyjdę do pana... Było w tym coś nieprawdopodobnego, kryło się w tym coś, co swoją treścią przekraczało wszelkie przewidywane możliwości.
Wszedł do swego pokoju. Jeszcze nigdy nie wydał się mu tak brzydki, tak banalnie hotelowy, tak pozbawiony smaku. Przy tym nieład. Książki na biurku porozrzucane, jakieś pidżamy, jakieś ubrania. Na dywanie skrawki papierów, zakurzona szafa, a lustro nie czyszczone od niepamiętnych czasów. To było oburzające. Płaci przecie drogo za pokój, osobno za usługę, a mieszka, jak w śmietniku.