— Mój jedyny, mój chłopaku...

Krew tętniła gwałtownie w jej żyłach, oczy zasnuwały się nieuchwytną mgiełką, powietrze chwytane ustami między jednym a drugim pocałunkiem było ostre i drażniące. Zły nastrój minął, a przyszła noc, jak morze uderzające falami rozkoszy i zapadające się w głębię nieprzytomnego wyczerpania i bezsiły. Po wieczornych smutkach, po szarych refleksjach, po dniu, z jego dokuczliwym posmakiem gorzkich zamyśleń — nie zostało śladu.

Ranek wstał jasny, pogodny, słoneczny. Na gałęziach drzew przed domem odbywał się masowy koncert wróbli, których świergot przenikał przezroczyste powietrze milionami szpilek, brzmiał, jak potok śrutu, zsypującego się po srebrnej blasze. Wśród rzednących, poczerwieniałych i złotawych liści przylepione do najdrobniejszych gałązek ptactwo wyglądało, jak gęsto porosłe jagody.

Z daleka dobiegały roześmiane głosy dzieci, bawiących się w sąsiednim ogródku.

Bogna wyprężyła ręce i powiedziała głośno:

— Nie trzeba myśleć, nie trzeba badać i analizować... Trzeba żyć. Żyć i pamiętać o dobrym, a zapominać o złym. Na tym polega cała sztuka.

Ostrożnie uchyliła drzwi i portierę: w pokoju Ewarysta panował półmrok. Spał wtulony w poduszki i spod kołdry widać było tylko jego ramię w różowej, pasiastej pidżamie i zwichrzone włosy.

Wyszła na palcach i starannie zamknęła za sobą drzwi.

— Umieć pamiętać i umieć zapominać, oto cała sztuka — powtórzyła sobie.

Tak zaczęło się ich życie: ranki jasne, pełne otuchy, zaufanie do losu i nadziei, dnie szarzejące ku wieczorowi i noce, które uczyły zapomnień.