Nie przyjmowali nikogo i nie składali wizyt. Wyjątkiem był kuzyn Feliks, ale i ten wkrótce wyjechał, wyjechał wcześniej, niż zamierzał, a to dlatego, że struł się w jakiejś restauracji linem po nelsońsku. Musieli go nawet pielęgnować i wysłuchiwać złorzeczeń pod adresem „warszawiaków” i ich zbrodniczych tajemnic kulinarnych. Gdy odprowadzili Feliksa na dworzec — zostali sami.

Zwykle do obiadu spędzali czas na Wiśle, obiad jedli w domu, po czym Ewaryst kładł się na godzinkę wypocząć. Bogna zaś zabierała się do tłumaczenia „Historii ustawodawstwa społecznego” de Martin’a na język polski. Od czasu do czasu miewała tego rodzaju zamówienia z wydawnictw naukowych i chociaż przynosiły jej niewiele zysku, z przyjemnością oddawała się tej pracy, gdyż interesowała ją sztuka odnajdywania w polszczyźnie ścisłych i wyrazistych odpowiedników danych zwrotów francuskich.

Około szóstej Ew wstawał i od niechcenia czytał to, co zdążyła napisać.

— Ty świetnie znasz francuski — powiedział kiedyś — a ja, chociaż w gimnazjum miałem z tego czwórkę, dziś już nic nie pamiętam. Zamiast robić przekłady, lepiej byś pomogła mi w przypomnieniu sobie tego języka.

— Ależ, kochany, z rozkoszą.

— Moglibyśmy prowadzić konwersację. Zwłaszcza teraz, na stanowisku wicedyrektora, no, a później... Do licha, przecież na tym chyba nie zatrzyma się moja kariera!... Obce języki zawsze mogą się przydać.

— Naturalnie — podchwyciła — znam ich pięć i jestem przekonana, że jeżeli tylko zechcesz... Bardzo się cieszę! Naprawdę, Ew, szalenie mi będzie miło!

— Aż pięć? — zdziwił się. — Poczekaj: francuski, niemiecki, angielski...

— Rosyjski i włoski — uzupełniła.

— Psiakrew! Nic mi o tym nie mówiłaś.