Prokop nachmurzył się.
— To ciebie Romaniuki przysłali?
— Gdzież tam. Ale posłyszałem, to, myślę, skorzystam. Zajść i zapytać nie grzech. Chcesz, to weźmiesz mnie, nie chcesz, nie weźmiesz.
Prokop wzruszył ramionami.
— Jakże ja mogę ciebie wziąć, do domu obcego człowieka puścić?
— Ja i nie napraszam się.
— To i mądrze robisz. Nie znam ciebie ani nikt ciebie tu nie zna. Sam rozumiesz. Może ty i dobry człowiek, bez żadnych złych zamiarów, ale może i zły. Nawet twego nazwiska nie wiem, ani skąd ty rodem.
— Nazwisko moje Antoni Kosiba, a rodem ja z Kalisza.
— Kto by go wiedział, gdzie ten sam Kalisz.
— Pewno, że daleko.