Woda opada stromo i znowu barwy jej uczę

oczy me w noc wpatrzone.

Tu roślinność z milczenia wzory rysuje płaskie:

księżyc pośrodku drobny, wokół zielony puch,

stół mój i lustro sine porosło pyłem jak lasem,

dywan kosmaty i ufny jak trawa leży u nóg.

Lecz nad gontem1, lecz nad głową krąży niewidzialny

głaz kosmiczny w bieg rzucony wolą ręki mściwej.

Wiem, że warczy — lecz w tym domu, gdzie puszyste palmy

jak na strunach drżą na cieniu — głos pęka wśród ścian