budził leżących — ręce

wznosili po trzykroć i oczy,

wołali: przybądź! i trawą sypali żałobnie włosy,

i budowali z kamienia ołtarze polne naprędce.

Nie było kresu tym czasom. Tyś spał

głowę rzuciwszy na wiosło, gdy zaczął buntować się płomień,

woda i blade powietrze. Latały ciała żyjących,

kości ich cienkie i żółte, raczej podobne słomie.

Zatapiał dziąsła zsiniałe w pierś córki śmiejący się ojciec

i kapłan kryjomo z kielicha krew twą do ust suchych lał.