będzie kiełkować, aż wreszcie z nowego wyczytam zodiaku,

że wolna ziemia mnie czeka, spokojne żywioły wszystkie.

Nie było tak. Już sam jeden

leżałem i czułem me oczy

topiące się głębiej i głębiej w twarzy zlepionej z wosku;

dogasał ogień na studniach, woda walczyła z lewej,

a z prawej kapał bezdźwięcznie w łuk przechylony nieboskłon.

Próżnia zdławiła już dawno węża u moich nóg.

Twardniały w kamień korzenie mchów, tataraków i lilii,

w uszach mych pęd posępny warczał,