łagodnie spadała ziemia, księżyc się w tyle przechylił

i słońca leciała tarcza

czarna na pół.

Jeszcze wierzyłem: wyślesz łuk

tęczy, gdy zbudzić się zdołasz —

lecz tyś spał — a u wiosła niespokojny tłum

twoich aniołów.

Więc nadzieję żegnając, z warg zwaliłem szeptem,

który ogromnym wołaniem się rozległ i deptał

gwiazdy błędnie wiszące