ciałem czystym jak kreda, głowę dźwigałem jak kościół,

odlot drzew żegnałem co dzień nadrzeczny,

liczyłem wypluski ryb

na piasku ciężkim od ości.

Dzwony chłodziły mi szyję weselne albo żałobne,

a od tego dzwonienia las z wosku na ołtarzach

w lusterkach trzymanych przez świętych nad głową

może dla mnie powtarzał,

może dla cienia mego, który był

w fałdach mej skóry białej,