tu kwitło sztandarami czerwono i biało,

pomnisz, kiedy zalewał miasto potop szwedzki,

w jego fale się rzucał w galopie Czarniecki2,

dziś rozkazuje gromko całej armii cieniów,

głos drży, bo się na złotym łamie podniebieniu,

oczy ma roziskrzone i od wichru krwawe,

bo odbija na Szwedach w galopie Warszawę.

Popatrz — płynie stolica w obłokach, jak w tiulach,

naród niesie na rękach ostatniego króla3

i krzyczy naród wszystek: „Wiwat król kochany!