i z miradoru patrzę

wśród purpurowo-złoto-błękitnych arabesek.

Ama ocknęła się —

moręgowatym ogonem wyrażając radość —

leniwo — niby odaliska — szła ku lwu pustyni.

Lecz on drapieżną opętany chucią

runął, jak zgóry oberwana skała.

Zwarli się —

i czworgiem łap wyskoczył w powietrze —

— czarna jaskinia mignęła pod brzuchem.