pszeniczną śnieć.

Siedzę na ganku wśród odwiecznych lip,

szafranowe krokusy pachną mi świętem Wielkiejnocy,

lilowe malwy i czarne bratki

szepcą opowiastki o tych, co minęli.

A słońce rozsypało krwawe róże

na obłokach — i gdy zagasły — stało się,

jakby ktoś ogród zamienił w żuzle i popiół.

Pies wierny skomli przez sen

u moich nóg.