o, księżyc! księżyc śmierci wschodzi zbyt jaskrawie!
VI. Turów Róg
W puszczy wśród niebosiężnych jodeł, pod sklepieniami olbrzymów, cichy żywot swój wiodą paprocie, czekając na jedyną chwilę Nocy świętego Jana.
Z głazów ciemnozielonych, omszałych cichutko perlą się wśród mchów niteczki srebrzystej cieczy, przechodzą w tkanki lub wypite przez zabłąkany promień słońca w niebo idą na wybóstwiony żywot Obłoku. Naturalne mosty z brzegu na brzeg szalonego górskiego krysztalnego potoku przerzucają chmiele.
Potok toczy się pianą z mnóstwem ciemnych, to znów oślepiająco-diamentowych wklęsłych zwierciadeł, zdaje się być żywą czarnoksięską baśnią wśród mroczni lasu.
W tym zagęstwiu leśnym wzniósł się Turów Róg.
Zbrązowiały i przyciemny staroświecki zamek pamiętał Zawiszę Czarnego i młodą Jadwigę. Dokoła zarósł on trawą i zielem, wielkie zielone baldaszki litworów377 roznoszą upajającą woń, jaką ma kwitnienie lip. Na podwórcu piętrzył się zniesiony dawnym lodowcem gigantyczny głaz. Deszcze, burze i pioruny nadały mu tajemniczy wygląd jakiegoś, na szczęście nienadającego się do muzeum, bożyszcza; głębokie źródło iskrzy pod nim, czerpak na łańcuszku zaprasza do picia.
Tu zmierzali wędrowcy.
Mag Litwor nachylił się i modlitewnie magnetyzował wodę, zaczerpniętą w dziwnego kształtu ów czerpak drzewny, z rączką, przedstawiającą głowę węża, podczas gdy czara wyobrażała zewnętrze kaplicy.
Wodą Tatr odmładzał swoje serce, na zbyt strasznych wyżynach Himalajów przebóstwione.