Ale nie mógł kronikarz przyjść do słowa, bo pan Zimorodek wyciągnął z kieszeni Ariamana pryzmę434 szklaną i wzniósł ją do oczu — i oczy jego szaro wymokłe zrobiły się kolorowe jak piłki.
— Nie trzeba, nie trzeba, nie trzeba! oto jest! oto jest powód, zarazek, prima causa, narzędzie obrazy, symbol. Hi hi hi! weź panie kochany tę pryzmę — spójrz na ten krajobraz — jak Boga kocham, drzewa w tęczy, trawa jak u naszego wibrysty malarza kochanego Kaktunia; kucharka z pomyjami idąca właśnie, wygląda jak Boga te — kocham — niby balerina z zaklętym świetlanym kubłem pod emanacją ręki —
— czekaj pan, na pana spoglądam, panie Euzebiuszu —
i jak Matkę rodzoną kocham, jesteś pan po prostu wzniosły —
— Co, zahuczał pan Ostafiej-Euzebiusz — powiedz, idiotyczny! —
— Z przystojnego, lecz ze szpetną brodawką na nosie staruszka zrobił —
(Pan Ostafiej stuknął fajeczką o drzewo tak, że aż odłupnęła się kora) —
się czcigodny starzec, palący węża — i ma wygląd, jak Ojca rodzonego kocham — tego jak tam — tego co jest un solitaire, un grand solitaire de Tibet435 —
dalej — dalej — mów drogi, kochany panie Euzebiuszu —
ja będę na Ciebie tak patrzył, a ty czytaj — i ja sprawdzę, czy też choć jedną literę zrozumię z tej Niedojty...