Większa część miała zostać w Turowym Rogu, bo ludzie to byli gasnący — choć sercami płonęli jak ta chorągiew, co „we dnie jak słońce, w nocy jak żar prowadzi”.

Ariaman czekał swego wyznaczenia.

Rzekł Mag Litwor:

— Znam kogoś, w kim tętni ukryta jeszcze niewymierzona energia.

Dokąd chcesz Ariamanie? wybierzesz naturalnie strony najdalsze, nie byłbyś miał inaczej w sobie krwi z Króla Wężów. Więc idź za natchnieniem i szukaj swych dróg sam. —

Zdumiał się tej rewelacji Ariaman o powinowactwie z Królem Wężów, lecz milczał.


Odwiedził Ariaman chatę, dzieci swe i żonę. Milczący był, lecz radosny. Radosny, to nie znaczy pełny szczęścia, jeno że otchłań w głębi swej miał pełną niegasnącego światła.

Wyżej zaś były wszystkie męki własne i narodu, wszystkie przeczucia złe.

Lecz w otchłani był Bóg, czyli to niepojęcie radosne mówienie z nieskończonością.