Tatry, u stóp których bezmierne szafirowe morze, zaorywane w wielkie skiby fal złowieszczymi uroki1 Księżyca i Halnym wichrem; fiordów miłosne ręce zapuszczają się w gęstwinę boru, w tajemnicze wgięcia regli2 podobnych dziewiczym piersiom olbrzymek.
Tam lodozwały wzniosły się w nieprzystępny dla żyjących Dom śmierci.
Tam rzeki spadają Niagarowymi kaskadami.
Rakszase3 nocy indyjskich czułyby się tu u siebie, rozpościerając skrzydła gigantyczne na lodowcach.
Pieśniarz Kalewali4 śpiewałby runy5 o bogini powietrza i pierwszym człowieku Wejnamojnenie, mędrcu i czarodzieju słów.
Kraina nie baśni, lecz najgłębszej istotności, rozpościera się przed nami.
Idziemy — za cieniem chmur płynących. —
za piórami zagubionymi orła — za echem kaskady tęczującej wśród leśnych wonnych malin.
My cienie — nie widać nas.
My niedotykalni — czujemy jednak pod stopą miękkie zioła. Tchnieniem woli możemy wzbić się aż po obłoki i płynąć w tych jedwabistych karocach.