Zaszło już słońce.
Król Wężów wypełza ze swej piekielnej czeluści. U wylotu doliny wznosi się potężna ściana gór — nad nimi już w niebie śnieżą lodowce.
Chłodno tu. Swobodnie. Olbrzymio-tajemniczo — wśród rozrosłych drzew, z których każde jest kościołem.
Rozsunął ktoś gałęzie limb6.
Wyszedł — syn tej puszczy. Patrząc w niego, wierzymy mimochcąc7 w legendy o ludziach z rasy wyższej pewnego króla irańskiego, zamkniętych wśród gór.
Włosy czarne spadają mu aż na barki.
Strój lekki. Z łusek rybich ma ciżmy8.
Na potężnych ramionach, podobnych do grubych gałęzi dębu — mroczy się skóra morskiego lwa z grzywą.
Ten człowiek może mieć lat około trzydziestu.
Zbrązowiały od burz na morzu. Z twarzy jego tchnie melancholia i dzikość.