Lucyfer jest! — powtórzyłem, stojąc na płaskim stepie, który pokrywał zielenią górę, i czując, jak morderca pełznie wśród traw.
Zorza wieczorna złotym przepychem rozkrzewia się nad górą podobną do trumny — niebieskie trójkąty przedzierają się przez jej złototkany szal.
Gwiazda miłości wystąpiła pierwsza na jasne przejrzyste lazury.
Cmentarz, nagrobki w turbanach i spisach — dają mi wspomnienie, że byłem królem narodu, który wyginął.
Nie żal mi jego i nie wyciągnąłbym berła nad nim.
Lucyfer mię uczynił prorokiem pustym i nie kazał mówić do mrówek z miast.
Zejdą się olbrzymy przed namiot nieba mojego — zanurzą swe ramiona we krwi i będą kiełznać chmury pełne skrzydeł.
——
Wyjechałem ku miastu wyrytemu w skałach, gdzie nie ma żyjących.
Koń biały unosił mię lekko jak obłok mgły między wysokimi ziołami.