I gdzie padła piana z jego uździenic — tam zakwitały ametystowe łany krokosu.
Jechałem do grobu Jej, aby przyzwać Widmo i do łoża mego chciałem Ją unieść.
W bramie umarłych ujrzałem niewiastę młodą i drobną, niezmiernej piękności.
Jakoby latarnie czarnych diamentów okryte jedwabiami rzęs — świeciły jej źrenice, twarz i postać zdały się żywym płomieniem.
Czułem pocałunki jej spojrzeń na moich opuszczonych powiekach, imię Jej było Dalita. Podałem dłoń mą zamiast strzemienia, gdy siadła ze mną na Mlecznego, i ostrożnie, z wolna zjeżdżałem z wielkiej stromości ku dolinie, gdzie srebrnym wężem wypływała rzeka i drzewa gajem czarnym, pełnym cienia zapraszały do swoich świątyń.
Droga zwęziła się nad przepaścią i skała stromo sterczy ku niebu, a głęboko w dole zasnuły się wąwozy mgłami.
——
Tam w nieskończone dale idę, w nieskończone dale idę smętny sam.
Wrota gór rozwarte przede mną, a za nimi morze —
*