Był rad, iż odrzucił za siebie tęczującą Maję136 — i że teraz iść będzie w Mroku nieprzejrzanym, lecz tryumfującym na wieki i będącym jedyną Prawdą.
W dali niezmiernej opuszczonego świata zabrzmiał turowy róg —
potężny hejnał rozlegał się wśród skał, jakby wspaniały grający pan Zawisza Czarny137 jechał do zamku swego pod Łomnicą.
Potężny hejnał Polski przyszłej — indyjskiej, runął na możne, lecz tak niepojęcie rozpaczne serce Ariamana — zapuścił w nim złotostrunne szpony — zbroił w tarczę ze słońca, przekuwał w Miłość, ubierał w szyszak138, dawał miecz wiedzy —
Ariaman dawniej poczułby się w każdej łacie swego pokruszonego serca — Wojownikiem Istnienia.
Lecz było już za późno. Wyjścia znaleźć nie mógł. Więzienie nad nim się zawarło. Podziemia potwornej grubości oddzieliły go od świata. Był więźniem Króla Wężów.
Błąkał się w strasznych labiryntach, a jedynym głosem był puchacz, który zdawał się śmiać szyderczo —
i echo w duszy Ariamana mówiło:
nigdy już!139