Nie wiem, czy góry nie zechcą się zaniknąć, gdy orzeł szczęścia mego będzie wzlatywał w te regiony wielkie, szafirowe, milczące pełne niewypowiedzianych nigdy zaklęć — w te bezbrzeża myśli nieujarzmionej nigdy — nieurzeczywistnionej może też nigdy?
Przyjdź — dionizyjska — i zerwij łańcuchy swe przed tym, którego się ma związek z jasnowidzeniem!
Błogosławię ci, jeśli przyjdziesz —
i błogosławię ci, jeśli się cofniesz, bo już muszę być Wierzącym ci mimo wszystko.
Tylko, czy nastąpi mój dzień —
czy mroczna, Dantejska brama wyolbrzymi się przede mną —
Ty bądź istotnie Sobą — nie oglądaj się na nic, jakby wśród płonącej Sodomy...
Mówię to Spokojny — niezachwiany niczym — pragnący Wszystkiego — mogący jednak żyć dalej w tych mrocznych wyżynach, i nie wzywając już nikogo, o córo Okeanosa! — — — — — — — —
Trwało czas jakiś milczenie. Zolima też stała już w ciemnościach, lecz zaczęła iść w smugę jarzeń dogasającego ogniska.
— Podaj mi, panie, rękę i lejce.