jakby wychudła twarz świętego Jana;

powietrze słodkie jak róże Alepu —

i morza dal błękitna — modra — zadumana.

I tu mi jeszcze słychać Twe szlochania ciche —

jak krwawe liście klonu lecą na mą drogę —

i czuję, że Cię w trumnę kładnę, mą niebogę,

a idę w pałac marzeń stworzony przez pychę.

Złocę się, jak latarnia, umarłym okrętom,

i rzucam komet blaski w pomrok nieprzejrzany —

i tak mi jest, jak gwieździe okutej w kajdany,