Nie było na kim poszukiwać winy. Zaczął siebie oskarżać w sposób niezmiernie ostry, inkwizytorski. Wprawdzie rozumowo biorąc, cóż mógł był poradzić na chorobę zaraźliwą i śmiertelną, w miejscu, gdzie lekarzy nie brakło?
Tak, jednego zabrakło — jego własnego, potężnego żądania, aby się to nie stało!
jego wola nie wzniosła się granią skalistą, przez którą nie mogłaby przejść Śmierć.
Nie zażądał życia — on, który życie dał tym najdroższym!
Więc na dnie swej istoty — on zaprzecza życiu, on je chce zniszczyć, tylko w momentach zbyt straszliwego bólu — mówi: Życie, nie gaśnij!
Ten kto zaprzecza życiu, jest świętym lub szatanem.
Świętym Ariaman nie jest, nie chce być, gardzi tym! —
Omal nie spadł, gdyż zerwała się skałka mu pod ręką. Kruche były tu skały, nie darmo zwane Łomnicą.
Wszedł na przełęcz.
Wicher wył z siłą mogącą połamać najgrubsze drzewa. Należało się kryć za wysterki skał. Lecz Ariaman czuł się dobrze w tej wściekłej muzyce, złożonej z tysiąca orkiestr piekielnych.