Wyszedł za próg, gdzie leżał w wąwozie śnieg — oczu nie odwodził od jeziora, na którym tańczyły miriady iskier złotych, drukowanych przez księżyc w niewysłowioną Biblię duchów.
Król Wężów śle mu orędzie swe — lecz co znaczy — iż jego całego ogarnia Chrystus? Odepchnął — —
Poczerniało mu w oczach.
I padł twarzą w śnieg. Leżał tak bez ruchu. Zwlókł się potem o kilka stóp, siedział na śniegu i patrzył znowu w jezioro — bo tam znowu pisał Król Wężów swe orędzie, teraz nawet sam płynie przez jezioro — olbrzymi korpus wzniósł nad wodę, niby okręt Argo zwycięski — obłok czarny z niego się oddziela.
Znowu Ariaman wyciągnął się na śniegu bez czucia.
Kiedy wzrok jego błądzić zaczął w wyżynie nieba — uczuł, iż ktoś obok siedzi, włosami owija — i na piersi jedwabistej kładzie jego głowę.
Ariaman nie widział nieba nad sobą, widział serce krwawe tam po ścieżynie w górach, wlokące się wolno — z trudem, drące się na głazach.
Meduza przy nim, która ma węże na głowie, wydarła tamto serce!
Przypomina teraz: w grocie Króla Wężów znał już Zolimę — zwała się —
nie pomni. Starodawnie, a w najdalszą przyszłość...