W więzieniu straszliwszym niż zamek Czillion546 zamknął się z własnej woli, czując, że wyrasta w nim Monstrum grożące zniszczeniem światu.
Była raz chwila, kiedy na Maga Litwora strącił skałę, lecz ta w łuku olbrzymim przeleciała nad głową nieruchomo siedzącego w kontemplacji.
Z żądzy niebezpieczeństw zapisał się do szeregu jakichś zamachów. Nagle zbudziło się w nim dwoje Chrystusowych oczu sumienia, kiedy zrozumiał do głębi tę ohydę takiej walki bez najwyższego wewnętrznego uprawnienia. Nie miał on w sobie dialektyki Raskolnikowa, jednakże mając wysadzić jakąś świątynię w powietrze wraz z tysiącem winnych i niewinnych —
wydał na siebie sam wyrok.
I było szczęśliwym zdarzeniem, że mógł z tym połączyć wyzwolenie swego druha.
W murach samotni rozważał swoje prawo do zbrodni i uznał, że ten zagrzebany w kryptach katedry Sewilskiej, który kazał siebie deptać, jako najgorszego z ludzi, był wobec niego Ablem.
Gdyż potencjalność złego w Ariamanie stała się niewymierzalna.
Gdybyśmy mogli teraz przeniknąć za te mury — ujrzelibyśmy wielką, niską celę o beczkowym sklepieniu.
Tam w blaskach polarnej nocy rozmyśla więzień.
— Zgłębiam pojęcie przepaściste jak Gehenna547: niepowracalność.