Gałązki jej, jak zeschłe łzy.
I wiecznie zda się, kona...
I w mroku wiecznym zwątpienia
upiorne ją męczą sny...
Jestem tą nocą majową nieco wzruszony, gdyż doprawdy:
— W więzieniach moich są cedry Libanu,
ptaszki świegocą, jak strumyki gór —
nie mogę przejść przez ten mur,
co mię oddziela od szczęścia — i żyję podobien szatanu!
Na te ostatnie słowa swe diabeł ironicznie wprawdzie, lecz surowo mierzy go od stóp do oczu — i rzekł mu głosem okropnym, wychodzącym jakby z trumny pogrzebanej pod podłogą, lecz tak mocnym, że zadrżały sklepienia: