„Zwyciężyliście go, gdyż większy jest Ten, co w was jest, niż ten, co na świecie559!”


Minął rok — za kratami żelaznymi. W szmat zimnego błękitu spoglądały nie tęskniące już za niczym oczy. W celi szarej jak dusza pająka świecił wciąż równy znicz — tatrzańskiego Jogi.

Mur okna, gruby niby w zamczysku, cisza przerażająca i rozskrzydlenie najgłębszej, najwyższej nadziei.

Obłoki płynęły; czasem w mroku śpiewały błyskawice; wygwiażdżone niebo jedyną było przechadzką.

Ariaman miał jednak towarzysza Morozowa. Z celi rozmawiać przez wypukiwanie nie było możliwym: wojłoki tamują, tudzież zbyt gruby mur.

Więźnie rozmawiali ze sobą, — jak o tym świadczy w swym pamiętniku panna Wolkensztein — przez rurę kanału, gdzie rezonans był wcale dobry. Ariaman opowiadał o Tatrach, Morozow opowiedział swój wykład Apokalipsy.

Były to objawienia dla każdego z nich.

Morozow zamknięty w wieku bardzo młodym, przyrodnik, dostał dopiero w końcu roku Biblię po francusku. Lektura, nie dość zajmująca dla wolnodumcy560! lecz umysł badawczy umiał się zainteresować. Wyrozumiał astrologię w Symbolu Panny, która gniotła węża, zrozumiał strzelców niosących śmierć. Data określić się dała bardzo dokładnie, na r. 395. Autorem był niewątpliwie Jan Chryzostom, który tu na wyspie Patmos obserwował zaćmienie słońca, a trafiła się nadto burza.

Tak więc w księdze morza i gór wyczytał Jan swe Objawienia! takie tłumaczenie bardzo przemówiło do Ariamana, jako żyjącego zawsze morzem, obłokami i piekłem.