nurt — tam kwitną żądze, jak lilie czerwone,

tam orły znowu na Kaukaz i w Tatry

lecą — po jasną rozświtów koronę!

Umrzeć — tak ciężko, kiedy was wieszać będą w imię Chrystusa — módl się, o Nocy, za was — mądra, straszliwa, wieczysta!

— — — —

Białe omdlewające, niemające swej widzialnej przyczyny światło zalewało całą przestrzeń, gdzie był zamknięty. Nad nim huczała Ładoga.

Słuchał fal, jakby potwornej kroniki ludzi umęczonych.

Światło to było już jak owa miłość, w której mieszkając, mieszkamy w Nim —

ale tu nagle wymówił imię, które zawsze wywołuje przez kontrasty echa — mroczną, nawiedzającą go teraz często, postać szatana.

I zrozumiał naraz przecudne słowa: