Na cmentarzu więziennym rosną młode, żółte kwiatuszki na grobach — potworna żmija zwinęła się w czerepie, sycząc przeciw słońcu.

Nadziemny Orle, przyszła godzina północy, wyszedłem z katakumby więźniów umarłych —

oczy moje zagatowiały od widoku, którego nie opisze mowa życia.

Zaiste, serce moje wije się, jak chmura pełna piorunowych dreszczów —

otchłań piekieł staje się jawą —

patrzy we mnie wzrok straszliwego Władcy gór, Króla Wężów.

Nad wielką mogiłą czaszek rozległa się krakanie kruków i głos umierającego na krzyżu.

Eli-Eli-lama sabachtani562?

Ale głos Króla Wężów wzywa mnie, bym leciał na góry najwyższe, na lodozwały oświecone w gwiazdach,

skąd widać bezmiar Oceanu, niby misę wydrążonego turmalinu —