Wystrzały karabinowe.
Odpinane łodzie — zbudziło się naraz całe więzienie.
Morozow ze swego okna daremno silił się ujrzeć Ariamana, gdyż to że on był, nie kto inny — to wiedział.
I uśmiechał się, myśląc o tym jogi silniejszym niż tury w Puszczy Białowieskiej, mającym w sobie więcej instynktu życia niż niedający się nigdy podejść ani zranić Morski Wąż.
Ariaman, wychynąwszy z fal, ujrzał nad sobą nisko obłoki śniegowe —
nad wodą w cudownej tęczy księżycowej przelatywało skrzydlate widmo aeroplanu, niby czarny, na zbrzeżach tęczujący wampir.
Baron de Mangro nisko nad wodą kierował powietrzny statek. Obok niego Zolima.
Obserwowali niskie, przysiadłe, jakby potworny krab, bastiony forteczne.
Zolima bowiem miała chęć ujrzeć więzienie, gdzie siedział niedawno jeszcze Łukasiński.
Zolima ujrzała rozchyloną kratę.