Mangro spojrzał.
Pierścionek narzeczeński wzbił się parabolą i leciał do wody, błysnąwszy jak zatrute ślepie bazyliszka.
W wodzie klupło.
— Co to znaczy? — ryknął Mangro.
— Nie mogę być nałożnicą duchowną człowieka, który musi kompromitować się przewozem rewolucyjnej literatury i ładunków.
— Ja?
— W Persji kiedy pan, baronie de Mangro, szachrował z szachem — ja mówiłam z ludźmi wolnomyślnymi. Ametysty, które wiozę — darem są dla rewolucji.
Ten kufer proszę elegancko i spokojnie zanieść ku stacji, szczególniej, że właśnie idzie tu żandarm i dwaj dróżnicy.
Kufer ma na wierzchu firmę mód nicejskich i pachnie fiołkami.
Trzeba go dostarczyć na ulicę, gdzie jest, baronie, pańska Ambasada, domu 15, mieszkania 8.