Z wyjątkiem Wieszczki Mary i panny Oleśnickiej — wszyscy emablowali Markiza Kiaję, który mówiąc płynnie po angielsku, spierał się z niemałą erudycją i przekonywał Zolimę, że „bill” na dopuszczenie kobiet do parlamentu będzie przyjęty, ponieważ kobiety z najpierwszych towarzystw poprą swe życzenie, jak kobiety w Lizystracie Arystofanesa.
Ubrany był skromnie, lecz z niesłychaną wytwornością: prawdziwy lord, markiz, a nawet mandaryn.
Ariaman w szacie podartej na jedlinach nie mógł konkurować z wspaniałą, chłodną zewnętrznością markiza, którego oczy, lśniące jak u tarantuli, lśniły dowcipem, fascynowały zaglądaniem za wszystkie parawany. Wsparty niby Byron na lasce, tłumaczył się, że na ostatnim „par force653” kazaniu nadwichnął nogę. Niebywałej piękności perła łkała w jego czarnym z mory żabocie.
Rozwinął niedbale stary „Figaro” i „Daily Nius”, ukazał artykuł: Markiz Kiaja Douglas de Mangro był ścigany za dwa śmiertelne pojedynki uskutecznione z niesłychaną brawurą nieznanych w Europie pchnięć. Lecz otrzymał już za to rozgrzeszenie!
Rozpowiadał o hodowlach owiec z Nowej Zelandii, gdzie dzięki kwakrom i Pismu Świętemu zbadał kwestię powstawania płci — tak że mógł, jak Jakub, tworzyć dowolną ilość baranów. Jest Polakiem z natury, jako Rabsztyński, lecz w każdym kraju zdobywał wiedzę i tytuły. Ojciec Święty rozmawiał z nim o reformie muzyki kościelnej, na zasadzie kantaty, jaką Monsignore ułożył.
Księżniczka Zolima bawiła się pysznie ze swym towarzyszem, którego znała w Oksfordzie na studiach jako najweselszego z przyjaciół lorda Paradoxa, aczkolwiek wtedy nie zdradzał niczym swego polskiego pochodzenia. Potem odbyła z nim wycieczkę na aeroplanie, lecz to było tajemnicą dla pani Ameńskiej.
W pierwszej chwili Ariaman, jak wiemy, chciał tego Męża, cieszącego się narodowym zaufaniem, zdemaskować.
Lecz budzący się w nim demon Ironii kazał mu spokojnie czekać rozwinięcia tej komedii.
Z obecności Mangra w Turowym Rogu widział jasno, iż nikt tu nie domyśla się, jaką rolę odgrywał przy ruinie i hańbie Muzaferida.
Uczuł i Zmierzchoświt żal do istot tak górnych, które nie przeczuwały, kim jest de Mangro. Witezie witali się ze Zmierzchoświtem gorzej niż chłodno, wprost złowrogo.