Ukarał go błysk nagły oka Zolimy, która rzekła, zręcznie zażegnując atmosferę pojedynkową:
— Mężczyzna nie cierpi nigdy — i tym mniej, im więcej zdolny jest o tym rozpowiadać. —
Markiz Kiaja zgodził się z tym wesoło.
Ukazał posążek Wenus, którą podobno papież Bordżia miał w kamei na krucyfiksie, i którą całował podczas błogosławieństw, on zaś ją nosił jako talizman na swej lasce.
Wkrótce też nową definicję nadkobiety dał baron de Mangro, patrząc w lustro i kiwając laską:
— Jest to w mierzwie życia pasożytny kwiat borneański; jest to „homunculus662”, jakiego zbudował wiek XIX w swym socjalno-przyrodniczym laboratorium.
Jest to tryumfująca energia dwumetrowej australijskiej glisty, która wspaniale wyrosła w bezsłonecznej, lecz wygrzanej macierzy ziemnej; rachunek nieskończonościowy diabła, który wie wszystko, co dotyczy jego egoizmu. —
Tym aforyzmem baron osiągnął wirch uznania.
Zaczęły się cieszyć młode panie, iż tu uzyskały nowy horyzont dla swych pragnień i poglądów.
Witezie poczuli, że jest ktoś, kto ich wyzwala ze zbyt ciężkich pancerzów. Inni, że po drodze usłanej banknotami wejdą nareszcie na wielką arenę życia, bo cóż jest większe niż życie? pytają damy, opierając nóżki pod stołem na kamaszkach panów.