Szedł w mroku, zapatrzony w astralne, a tak bezwzględnie istotne, jarzenia Zamku.

Idąc, nie zauważył gromady wielkiej ludzi, która mrowiła się na drodze, widocznie nowo budującej się, bo stały usypiska nagromadzonych głazów i pełno w ziemi jam...

Nie zauważył, gdyż całą jego uwagę pochłonęły gigantyczne czeluście Inferna667, do którego wszedł poniewolnie668.

Ponure, iluminowane rusztowania szubienic wyglądały jak świeczniki diabła.

Mrowiący się ludzie byli okryci w jakieś dziwne peleryny, mieli na szyjach powrozy.

Ksiądz ich błogosławił Ostatnim Namaszczeniem.

Ale jedni z nich rzucali się, jak dzikie, zamknięte zwierzęta, do krat, które ich przedzielały od wolności i na tych kratach w wariackim krzyku zawisali...

Trzeba było siłą odrywać stężałe, krwią napłynione palce.

Inni czekali na swą śmierć jak automaty. Inni jak twarde posągi.

Bajecznymi byli chłopi, którzy przebierali się w stare sukmany, aby nowe odesłać do domu.