lecz w ciemności nie było widać niczego więcej, prócz gwiazd nad morzem i mżącego odblasku fioletowo-różowej fosforescencji z okien Zamku.
Przeczucia złego walczyły w nim z rozumem i wolą mężną: uspokajał się, mówiąc sobie, iż to nerwowe przywidzenia.
Szedł wciąż dalej — schodami granitowymi zstępował — już domacał się w mroku jakichś drzwi okutych, które się rozchyliły —
i szybciej niż piorun zapadła się pod nim płyta, wpadł w jakąś ciemność, pochwyciły go czyichś rąk mnóstwo — nie pomogły Herkulesowe rzuty jego ramion, krępowano go linami; knebel w ustach miał i nieśli go, spowitego.
Więc to przejście podziemne było tylko zasadzką?
Więc dalej igrał z nim Szatan?
Ogród męczarni zaczął wyrastać przed jego oczyma, lecz wnet uspokoił fale krwi buchające mu do mózgu.
Wprowadzono go do ciemnego kościoła, w którym tliła się tylko lampka.
Ten kościół musiał być na skale nadmorskiej, bo aż tu dochodziły syki pian rozbitych na żwirze.
Wicher wył. Dary żeglarzy nadmorskich: tu wota świeciły zatopionych polskich okrętów.