Myślał, jak dobrze jest być wśród tych zdecydowanych mechanizmów — o ileż lepiej, niż mieć królestwo niepojętych aż do dna jasnowidzeń!
Dźwięk gongu rozległ się świątyniowym hymnem, harfa wypadła z rąk Małpy, zadźwięczawszy w złowrogim kasandrycznym rozjęku. Pręga bólu przeleciała po duszy Królewicza; przykrępowany do słupa męczarń, jak umęczony przez wrogów Irokez, śmiał się przeciągle, wspaniale.
Śmiał się, widząc, że takie i tym podobne arcyludzkie mechanizmy przyciągną niepohamowanie wspaniałą naturę Pentezylei275.
Dlaczego obdarzał ją ogromem poetyckiego zaufania? dlaczego aż królowa amazonek? dlaczego nie zwykłe, dość naelektryzowane dziewczę? Co nam do tego? nam, już zmądrzałym w uniwersytecie piekielnym?
Królewicz niech żyje w swej poetyckiej Walpurdze i niech mu się tam jak najcudaczniej układają miłosno-astralne materializacje, esencje i dekokty.
Natura jest zręczną stręczycielką, umie naszeptywać o gwiazdach takim astrologom, którzy wpadają w studnię — na dnie czeka ich maleńki Homunculus imbecilis276, w razie spełnienia snów. W razie niespełnienia — kula.
Przed królewiczem Tatry rozciągnęły się melodią światłocieniów błękitnych, czarnych, popielatych, zielonawych —
płaty śniegu fosforyzują na wirchach.
Księżyc zza chmur rozsiewa złote mżenia i wszystko nasiąka listkami złocistymi, jakby wokół przecudnej Danae277. Na niebie aliaże278 chemiczne z wielu rozjarzonych metali na chmurach —
oto laboratorium dla myśli twych, samotniku!