Obrus piany śnieżnej rozlał się po gładkiej powierzchni morza, zrywam się, biegnę wzdłuż brzegu — ściana prostopadła bez wyjścia. Morze z okropną szybkością napływa —
czemuż tyle męczarni, aby mnie zabić? upiór, lecący z mogiły wznosi się — białą paszczę nachyla modra Śmierć i za chwilę runie...
W okropnym przerażeniu zbudzam się — księżycowy promień srebrzy okienko mojej pieczary.
Duchu mój — czemuś mnie opuścił!...
Serce mi bić ustało — a palce u rąk moich drgają kurczowo...
Jestem więc w murach bez wyjścia.
Śmierci — królowo niebieska —
ratuj mnie!
Śmierci — zwiastunko miłosierdzia —
wspomóż mnie!