Spotkały się nasze wejrzenia i harfa z brzękiem upadła na marmury.

— Związać mu oczy! — Zarzucono mi ciężką materię na głowę — ona grała czarodziejską pieśń, gwiazdami przetykaną.

Zagrążony w mroku jakby głębokiej jaskini, słucham melodii srebrzystych kropel, które mi spadają wciąż na jedno miejsce mego mózgu —

naprzód, jako płatki róż więdnących (nigdy, nigdy...) — potem — jako srebrzyste pieniążki; potem jako ciężkie gwoździe, którymi nabijają tarcze (nigdy! nigdy!...).

I wciąż rośnie ich moc, gradem sieką mnie —

i deszczem kamiennym druzgocą mnie na wskroś... myśli me stają się jako pale wbijane żelaznymi babami.

Mruk wydobywa się z moich piersi — obłąkany ból jakoby serca, zrąbywanego na wióry...

W czarnej szacie, płomienistymi rubinami haftowanej, pukle jej włosów rozpłynęły się, jako mrok zgasłej komety na niebie...

W oczach jej spieniły się groza i gniew, a potem oto — łzy święte spłynęły po jej twarzy.

Podeszła ku mnie i zarzuciła mi ręce na szyję — przypadła do moich piersi — i poczułem, że moją jest.