Nagły cios rozkrwawił mi czoło —
Ukochana moja...
Tysiące komet ściga się wzajem — miażdży, girlandy iskier sypią... i gasną.
Cicho...
Świata nie było i nie ma — tylko grzęzawisko, w które zapadam; ogniki fosforyczne tańczą nad gnijącą duszą...
Jak cicho...
Wynieśli mnie na pustynię, jako lwa zdychającego —
dobrze mi tu — o! —
Te gwiazdy — siedem gwiazd królewskich, które mnie wzbijały ponad wszystkie szczyty mego więzienia — znowu nad głową moją świecą.
Kto wie? Może już od wieków zamarły — i tylko upiory ich świateł błądzą po pustyniach, kształtem złamanego krzyża urągające...