jak posąg, w miażdżonej świątyni —

a w chmurach pędzą skrwawieni heroje,

pytając mię o znak: śmierć na pustyni!

Nad górą świata, nad głębiami szczytów,

słyszę jęk matki, co mi serce rwie —

rzucam w jej łono pył aerolitów —

rzuciłbym słońce — lecz się łzami mglę.


Z czarnych kryształów mój pałac — w gryfy lemury rżnięty —

gwiazdy przez witraż świecą zamarznięty.