I tak wziął Balin tarczę nieznaną nikomu, a swoją zostawił i ku wyspie pojechał. Konia do wielkiej łodzi wprowadziwszy, na brzeg wyspy się przeprawił, a tam pannę spotkał, a ta mu rzekła:
— O rycerzu Balinie, czemuś zbył68 swojej tarczy? Biada ci! Na wielkie się niebezpieczeństwo naraziłeś, bowiem po tarczy twojej wszędzie by cię poznano. Zginiesz, a wielka cię szkoda, gdyż śmiałością i odwagą nikt ci nie dorówna.
— Żałuję — powie jej Balin — żem do tego kraju przyjechał, ale hańbą byłoby się wrócić. Jakakolwiek też mnie czeka przygoda, życie albo śmierć mi sądzona, przed przygodą tą się nie cofnę.
Spojrzał po sobie i umocnił się na sercu, bo dobrze był uzbrojony, konia więc dosiadł i przed siebie ruszył. Wkrótce też zobaczył, jako od zamku jedzie przeciw niemu rycerz w zbroi czerwonej, na rumaku takoż czerwienią przyodzianym.
A kiedy ów rycerz czerwony Balina zobaczył (a Balan to był, nikt inny), wnet pomyślał, że to chyba brat jego rodzony nadjeżdża; ale spojrzawszy na tarczę sobie nieznaną, myśli tej poniechał. I oto obaj, włócznie pochyliwszy, z wielką siłą na siebie natarli, w tarcze swoje nawzajem godząc. A tak szybkie było to natarcie i tak ciężkie włócznie rycerzy, że runęli obaj z końmi na ziemię i w omdlenie popadli. Balin większego doznał uszczerbku, jako że drogą długą był znużony, toteż pierwszy powstał Balan. Miecz wyciągnąwszy, na Balina leżącego ruszył, ale zerwał się Balin i przeciw stanął. Ciął Balan pierwszy tarczę Balina i hełm jego razem69 rozrąbując. Oddał mu Balin mieczem, który tyle już nieszczęścia sprawił, i potężnie brata ugodził. Tak walczyli ze sobą, póki im zupełnie w piersiach tchu nie zabrakło. Wtedy spojrzał Balin na zamek i zobaczył, że na wieżach jego pełno dam stoi, a wszystkie na walkę ich patrzą. Tedy znowu na siebie natarli, raniąc się wzajem coraz boleśniej. Czasem ustawali, żeby tchu pochwycić, i walczyli znów, aż ziemia wokół nich krwią sczerwieniała i przez rozrąbane oka kolczug zaczęły prześwitywać obnażone boki rycerzy.
Wreszcie Balan, młodszy z braci, cofnął się nieco i na ziemi legł. Rzecze mu wtedy Balin Dziki:
— Powiedz mi, kim jesteś, rycerzu, bowiem dotychczas jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by mi, tak jak ty, sprostał.
— Balan mnie zwą — tamten mu odpowie — dobrego rycerza Balina bratem jestem.
— Biada mi! — Balin zawoła. — Bodajbym dnia tego nie był dożył. — I zemdlony na ziemię upadł.
Przyczołgał się do niego Balan i zdjął mu hełm z głowy, ale nie mógł poznać twarzy, całej w ranach i krwią zalanej. Lecz ocknąwszy się, powiedział Balin: