Ledwo wzięła dama sokoła do ręki, kiedy Pan Felot w pełnej zbroi i z mieczem obnażonym w dłoni z gaju pobliskiego wyjechał. Zaraz też na Pana Lancelota na drzewie siedzącego zawołał i rzecze:
— Mam cię teraz, jakem tego pragnął, rycerzu — i u stóp wiązu stanął, aby Pana Lancelota, gdy zejdzie, zabić.
— Ach, pani, dlaczegoś mnie zdradziła? — Pan Lancelot wtedy powie.
— Uczyniła, com jej nakazał — Pan Felot na to. — Nie masz już dla ciebie ratunku, wybiła twoja godzina i umrzeć musisz.
— Hańbę na siebie byś ściągnął — Pan Lancelot rzeknie — gdybyś, rycerzu zbrojny, bezbronnego człeka zdradą zgładził.
— Zmiłowania nad tobą mieć nie będę — Pan Felot mu odpowie — ratuj się przeto sam, jako potrafisz.
— O, biada — Pan Lancelot powie — że też rycerz ma zginąć bez broni.
Spojrzał dokoła w górę i w dół i wielką gałąź bez liści całkiem w pobliżu zobaczył. Ułamawszy ją, rycerz z gałęzią w ręku w dół się spuścił, patrząc, gdzie koń jego stoi. Potem nagle na ziemię poza konia skoczył, rumakiem się przed Panem Felotem zasłaniając. Skoczył żwawo Pan Felot, ale Pan Lancelot gałęzią cios jego odparował, potem zaś zdrajcę gałęzią ową w samą skroń, co sił miał, zdzielił. Omdlał Pan Felot i na ziemię upadł, zasię Pan Lancelot, miecz z bezwładnej jego dłoni wyjąwszy, głowę Panu Felotowi uciął.
— Biada mi! — dama zawoła. — Dlaczegoś męża mojego zabił?
— Zgoła nie moja to wina — rycerz odpowie. — Przez nieszczerość waszą chcieliście mnie zdradą uśmiercić, słuszna teraz kara na was oboje spada.