— Miły panie — Galahad mu rzeknie — przybywam, aby złym obyczajom tego zamku kres położyć.
— Panie — ów giermek na to — jeśli przy tym obstawać idziesz, roboty ci nie zbraknie.
I do zamku wrócił. Zaraz potem wypadło stamtąd siedmiu rycerzy. Braćmi oni sobie byli wszyscy. A kiedy Pana Galahada ujrzeli, zakrzyknął:
— Rycerzu, broń się, gdyż śmierci tylko od nas spodziewać się możesz.
Wówczas Pan Galahad włócznię pochylił i pierwszego z brzegu na ziemię zwalił. Na to inni włóczniami w jego tarczę wszyscy naraz z taką siłą uderzyli, że pękły im włócznie. A wtedy Pan Galahad miecza dobył i tak potężnie na nich natarł, że aż dziw brał patrzeć na to. I tak ciosami miecza do ustąpienia z pola ich zmusił. Do zamku ich zapędził, a oni, zamek przebiegłszy, drugą bramą umknęli.
Wtedy wyszedł naprzeciw Galahada starzec jeden i rzekł mu:
— Panie, oto masz klucze tego zamku.
Pan Galahad bramy otworzył, a na podwórcu, w sieniach i w korytarzach tylu ludzi zobaczył, że i przeliczyć ich nie mógł. A wszyscy mówili:
— Panie, witaj nam. Długośmy tu czekali na nasze wyzwolenie.
Potem podeszła do niego niewiasta jedna szlachetnego rodu i rzekła: