— Rozkazuję wam, rycerza tego oszczędźcie! — i runął na nich pochyloną włócznią, ile w koniu mocy.
Zaraz też jednego z koniem razem obalił, a że mu włócznia przy tym pękła, za miecz chwycił i razić nim zaczął na prawo i na lewo, aż dziw brał patrzeć na to. A za każdym razem to rycerza jakiego z konia strącił, to do cofnięcia się przymusił, tak że mu pola nie dotrzymali, ale do lasu uciekli, zaś on za nimi pognał. A kiedy Pan Percewal zobaczył, jak Pan Galahad rycerzy owych ściga, zasmucił się wielce, że konia nie miał, poznał bowiem, kto jego wybawcą był. I zawołał głośno:
— O, miły rycerzu, nie oddalaj się, abym ci mógł podziękować, gdyż wiele uczyniłeś dla mnie.
Ale Pan Galahad odjeżdżał tak szybko, że wkrótce z oczu znikł. Ruszył Pan Percewal pieszo za nim, jak mógł najprędzej. Niedługo tak szedł, gdy wieśniaka spotkał. A jechał ten wieśniak na szkapie, zasię rumaka czarnego za uzdę ze sobą prowadził i miał ten rumak sierść czarniejszą niż futro niedźwiedzia.
— Miły przyjacielu — Pan Percewal rzeknie — wszystko, co zechcesz, uczynię, jako rycerz prawdziwy na każde twoje zawołanie stanę, tylko mi tego czarnego rumaka pożycz, abym mógł rycerza dopędzić, który przede mną jedzie.
— Panie rycerzu — wieśniak odpowie — wybacz mi, proszę, ale tego nie mogę uczynić. Wiedz bowiem, że należy ten koń do człowieka, który zabije mnie, jeślibym rumaka tego tobie albo komu innemu pożyczył.
— Biada mi! — Pan Percewal zawoła. — Nie mógłbym już większego doznać strapienia, jak to, że tamtego rycerza z oczu stracę.
— Panie — mówi wieśniak — żal mi cię bardzo. Pasowałby ci koń taki zacny, ale nie śmiem ci go dać, chyba że mi go siłą zabierzesz.
— Tego nie uczynię — Pan Percewal odpowie.
I tak się rozstali. Pan Percewal pod drzewem usiadł i żałość go chwyciła nad miarę wielka. A tu wieśniak powraca, co sił szkapę do biegu przynaglając, i Pana Percewala pyta: